Siedzimy w autobusie do Ponferrady: ja i mój kac moralny z tego powodu. Nie przejdę zaplanowanej trasy. Przez okno widzę idących szlakiem pielgrzymów. Wolałabym iść, ale z zatkanymi zatokami to mało realne. Dobry nastrój pierwszych dni wędrówki prysł. Mamy z Martą totalnie różne temperamenty. Podczas gdy ja, dochodząc koło południa do schroniska, jestem przeszczęśliwa, że mogę coś zjeść i się położyć, Marta zaczyna narzekać, że znowu jesteśmy tak wcześnie na miejscu (przychodzenie wieczorem nie ma sensu, jak człowiek chce mieć miejsce) i ona znowu się będzie nudzić całe popołudnie. Coraz częściej myślę o tym, żeby iść dalej sama, tak jak planowałam. Bez tego deprymującego poczucia, że ona się zmusza do krótkich odcinków, albo presji, jak i kiedy ją znowu dogonię. Właśnie mnie omija wędrówka przez piękne górki:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.