Man kann den Blog aus dem Polnischen leicht übersetzten indem man rechts die "Translate"-Funktion benutzt :)
czwartek, 28 lipca 2011
day 24 - 28 lipca - Boente - Arzua (3)
Przedostatnie opakowanie liofolizatów, bo też przedostatnia noc w schronisku. Marta z Santiago załapała się na jakąś wycieczkę po Portugalii z grupą Polaków, dzisiaj była jeszcze w Fatimie i jechała do Porto. Dlaczego właściwie irytują mnie te smsy z wiadomościami? Mam wyrzuty sumienia, że nie szłam tak szybko jak ona? A przecież rozkoszuję się każdym kolejnym dniem na Camino i cieszę się, że pójdę jeszcze 2 dni. Zgodnie z tym, co pisze przewodnik, jak do niedawna szlak schodził z gór dolinami rzek, tak teraz przecina wiele małych rzeczek przez co idzie się stale: w górę, w dół, w górę, w dół. Jakoś ogarnia mnie nastrój kończenia się czegoś. Trzy lata marzeń, rok przygotowań, a teraz miesiąc chodzenia i już po wszystkim... Wiele osób pisze, że Camino uzależnia, że się wraca. Czy ja wiem. Na pewno nie czuję potrzeby przemierzenia drugi raz tej samej drogi, jak Austriaczka, którą spotkałam, która idzie Camino Frances po raz siódmy (rok w rok). Nie wiem, czy złapałam bakcyla caminowego, czy może raczej bakcyla chodzenia :) Zdążyłam w międzyczasie zapomnieć, że ten najbardziej naturalny dla człowieka sposób poruszania się jest takim świetnym sposobem na spędzenie urlopu, wakacji, czy cel jest pielgrzymkowy, czy turystyczny... Dzisiaj gadałam do 4 hiszpańskich nastolatków "ręcznym angielskim": YOU (pokazując palcem na nich) SEE (na oko) THIS? (na wiszące na drzwiach ogłoszenie o zachowywaniu ciszy w sypialni) ;)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.