Siedzę na korytarzu, podczas gdy ładuje mi się komórka - kiedyś pielgrzym szukał obroku dla konia lub osła, a teraz gniazdka ;) - i patrzę trochę bezmyślnie na wiszącą na wprost kartkę: We close at 23:00 hours on the dot. Jakoś nieangielsko brzmi, hiszpańsko zresztą też nie, jak porównuję wersję poniżej. W niemieckim by ta konstrukcja przeszła. Mija mnie dziewczyna z sąsiedniego łóżka. Z zawiniętą połową stopy schodzi po schodach bokiem, obiema rękami trzymając się poręczy. To ja w zasadzie wyszłam z tego Camino bez szwanku jakimś cudem. Chociaż czym się tu szczycić? Średnio 15 km na dzień to żaden powód do dumy. Doliczając jutrzejsze, będzie ok 360 km na nogach a potrzebowałam na to prawie miesiąca... No cóż, szłam spacerowo :) choć nieraz kogoś wyprzedzałam. Nie jestem długodystansowcem. Ostatnie albergue. Rozkoszuję się atmosferą wspólnotowości. Ciekawe. Chociaz nie moge zakladac, ze wszyscy ci ludzie wyznaja ten sam system wartosci i zasad, to przeciez sam fakt, ze jest to schronisko dla pielgrzymow powoduje, ze czlowiek czuje sie tu bezpieczniej niz w takim turystycznym. Normalnie podrozujac po swiecie, jak ognia unikam wszelkich hosteli, schronisk itp. noclegowni z wielkimi salami jezeli jade sama a nie w grupie. Tu to co innego. Ciekawe. Moze dlatego, że tych, co nawet nie laczy swiatopoglad, laczy jednak wspolny wysilek, trud.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.